czwartek, 24 stycznia 2019

Mój drugi raz.

Te bambusy trafią prawdopodobnie na budowę.
Już drugi tydzień jestem w Berlinie. Powrót z urlopu, szczególnie tego udanego, bywa ciężki. W Bangladeszu byłam przez miesiąc i dowiedziałam się tym razem o wiele więcej rzeczy, o wiele więcej widziałam i rozumiałam. Ten wpis może pocieszy te osoby, których pierwszy raz w nowym kraju nie był zbyt... udany, a przed nimi ponowna podróż. U mnie właśnie tak było. Pierwsza podróż do kraju męża to był jakiś niewypał. Nie dość, że mogłam zapomnieć o wychodzeniu z domu samej, to jeszcze niewiele rozumiałam z tego, co mówili do mnie ludzie. Wbrew wszechobecnemu przekonaniu, nie wszyscy w Bangladeszu mówią po angielsku, a z pewnością nie starsze osoby, do których zaliczają się moi teściowie. Do tego doszedł szok kulturowy. Wyobraź sobie, że nie umiesz pływać, a musisz przepłynąć jezioro. Czytasz o pływaniu, znasz wszystkie techniki i myślisz, że jakoś to będzie, a już przy pierwszym zetknięciu z wodą zaczyna się panika. U mnie tak było. Wysiadłam z lotniska zmęczona, po 24 godzinach w podróży, bez snu i wsiadłam do auta, które powinno mieć zakaz poruszania się nawet po parkingu. Pierwszą myślą było Gdzie ja zabrałam moje dziecko?Do tego rodzina mojego męża mieszka razem pokoleniowo w JEDNYM mieszkaniu, więc o prywatności można zapomnieć. O tym też będzie post. Nie obyło się też bez nieporozumień z członkami rodziny i kłótni z mężem. Wracając do Berlina nawet nie płakałam, czekałam tylko aż znajdę się w moim mieszkaniu. Obiecałam też sobie, że nigdy tam nie wrócę. 
To są typowe, bengalskie noże. W domach mają wersję mini. Sprzedawca kroi rybę.

Widać, jak bardzo słowna jestem, skoro po prawie trzech latach ponownie jechałam rikszą i piłam moją ulubioną kawę w Apon Cafe. Polecieliśmy na ślub szwagra. Tym razem mój język bengalski był na takim poziomie, że bez problemu mogłam prostymi zdaniami z kimś porozmawiać, zrozumieć wiele słów i po wyborach (przed nimi i w trakcie jest niebezpiecznie w kraju, chociaż te wybory zaliczają się do najspokojniejszych od kilkudziesięciu lat) mogłam wychodzić sama. Odwiedziliśmy wieś, jeździłam z rodziną do kawiarni, gotowałam z teściową, poznałam świetnych ludzi, a dziecko widywałam z rana i wieczorami. Raj! Młody cały czas się bawił, bo w trakcie pierwszego pobytu nie chciał do nikogo iść. Teraz znalazł przyjaciół, z którymi mógł swobodnie rozmawiać i miał też dziadków, którzy spełniali każdą jego zachciankę. Orzeszki po godzinie 23? Nie ma problemu, dziadek pójdzie znaleźć, bo bazar o tej godzinie jeszcze tętni życiem. Tam też jest mój dom, ulubione mango i woda ze świeżych kokosów. Tam nie ma obowiązków i rzeczywistości, w której trzeba opłacić czynsz. Odpoczęłam, co oznacza, że urlop był udany. Zdaję sobie sprawę, że to tylko i aż dzięki temu, że znałam język na tyle, aby nawiązać więź z bliskimi mojego męża i być tam wolną w granicach rozsądku. Poza tym, tym razem nie starałam się pokazać, jak bardzo ich kultura różni się od mojej, nie zwracałam już uwagi na niektóre zachowania, bo przecież za chwilę wracamy. Po kilku dniach odpuściłam. Zrozumiałam, że nie należy się zastanawiać, dlaczego kilka rzeczy jest, jaka jest, bo nie ma sensu się denerwować, a nawet starałam się postawić na ich miejscu. Wsiadałam do samolotu płacząc. Powoli przyzwyczajam się do nowego rytmu dnia i tęsknię. Nie ważne, w którym moim miejscu na świecie będę, zawsze za którymś z domów będę tęsknić.
Na mojej facebookowej stronie znajdziecie relację z tego pobytu i nowe ciekawostki na temat tego kraju. Możecie też się spodziewać wielu nowych postów, o Berlinie też będzie. ;) 


Nasz bengalski dom na wsi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cześć

authorMam na imię Klaudia i od kilku lat mieszkam w Berlinie. Lubię pisać o mojej poplątanej codzienności i równie poplątanej rodzinie.
Więcej →



Popularne posty