poniedziałek, 11 marca 2019

marca 11, 2019

,,Bez resztek" - Jagna Niedzielska.


W styczniu swoją premierę miała pierwsza książka Jagny Niedzielskiej Bez resztek. Kuchnia zero waste, czyli nie wyrzucaj pieniędzy i jedzenia. Wyświetlała mi się często w Polecanych na stronach różnych księgarni, więc postanowiłam zaryzykować i ją kupić. Jeśli nie wiecie, to ja lubię zbierać książki kucharskie i poradniki. Lubię mieć je na półce i nawet, jeśli okazuje się, że to nie jest ,,moja" kuchnia, to nie mam serca, aby taką książkę sprzedać. Bez resztek trafiło do mnie w zeszłym tygodniu i bardzo się z tego cieszę. Książka jest przepięknie wydana. I do tego ten papier...

AUTORKA
Jagna Niedzielska jest szefową kuchni, współwłaścicielką kantyny Tygiel oraz jedną z prowadzących na kanale Kuchnia+. Szacunek do natury wyniosła już z domu. Odbywała staż w kilku restauracjach zero waste na świecie. Do tego prowadzi liczne warsztaty kulinarne, na których stara się udowodnić, że w kuchni zero waste nie gotuje się z resztek tylko gotuje się pysznie.

KSIĄŻKA
Jest to nie tylko kolejna książka z przepisami zero waste, ale też mini poradnik, na temat tego, jak ograniczyć produkcję śmieci, szczególnie tych organicznych. Kilka pierwszych rozdziałów jest o kompostowaniu, o tym, jak planować i robić zakupy oraz jak przechowywać i przetwarzać żywność. Ta część książki zostanie szczególnie doceniona przez osoby, które są na początku ekologicznej drogi i nie do końca wiedzą, jak się za to wszystko zabrać. Osoby wprawione w boju raczej nic nowego nie odkryją, ale mimo wszystko warto przeczytać każdy rozdział, żeby zrozumieć, dlaczego autorka postanowiła stworzyć taką książkę i dlaczego podąża drogą zero waste. Wplecione przemyślenia i osobiste historie Jagny, dodają tylko autentyczności jej poradom i sprawiają, że te kilkadziesiąt stron czyta się w ekspresowym tempie.

A co z przepisami? Jak na szefową kuchni przystało, są odważne i jest ich sporo, bo aż 93. Nie oznacza to jednak, że są skomplikowane lub wymagają dziwnych składników. Jagna zapewnia, że przeszły one ostrą selekcję i zostały tylko te, które sprawdzą się w większości sytuacji i ja jej wierzę. Zrobiłam już 4 potrawy z tej książki. Było pysznie! Ogromnym plusem jest to, że wiele z nich zawiera podobne składniki. Przepisy są pogrupowane tematycznie i każdy z nich zaczyna się od krótkiego wstępu. Pod większością są wskazówki, które nie tylko wyjaśniają, jak przechowywać żywność, ale też podpowiadają, co zrobić z ewentualnymi odpadkami i nie chodzi tutaj o wyrzucenie ich na kompost.

W książce znajduje się wiele pięknych, klimatycznych fotografii autorstwa Budzik Studio. Jedynym jej minusem jest to, że nie do każdego przepisu jest fotografia. ;)
Należy też zaznaczyć, że kupując tę książkę wspierasz Banki Żywności.

INFORMACJE
Cena: 49,90 zł
Wydawnictwo: Pascal
Dla: dla każdego, kto lubi gotować, nie tylko w duchu zero waste
Ciężko zrobić ostre zdjęcie ze względu na specyficzny papier.

niedziela, 3 marca 2019

marca 03, 2019

Bengalski ślub, subiektywnie.


Bardzo długo zabierałam się za ten post, bo zastanawiałam się, czy pisać prawdę, czy może ubarwić to wszystko i napisać, że było idealnie. Planuję dwa wpisy na temat bengalskiego ślubu, jeden będzie czysto informacyjny i jeden lifestyle'owy. Ten wpis będzie szczery, nie spodoba się pewnie wielu ludziom i pragnę teraz na wstępie zaznaczyć, że są to moje obserwacje na temat tej ceremonii zaślubin. I chociaż moje zdanie na ten temat mam, jakie mam, to zdaję sobie sprawę, że najważniejsi w tym wszystkim byli nowożeńcy.

Jak wiecie, do Bangladeszu polecieliśmy głównie na ślub mojego szwagra. Ślub aranżowany. Panna młoda była już od małego zarezerwowana dla niego. Mój teść i ojciec dziewczyny są przyjaciółmi od prawie 30 lat. I chociaż szwagier był przez dłuższy czas w związku, to ostatecznie się on rozpadł, bo ta kobieta była za niska. Jaka jest prawda? Ciężko powiedzieć, ale myślę, że rodzina mojego męża od lat miała wyobrażenie na temat tego, kto i kiedy wejdzie do rodziny i niestety, ale to nie była ta ówczesna dziewczyna ich syna. Brzmi brutalnie, ale taka tam jest rzeczywistość i my możemy się tylko dziwić. I tak o to młodzi na około pół roku przed ślubem pierwszy raz spotkali się w domu przyszłej panny młodej, aby podjąć decyzję, czy będzie ślub. Wiecie, jak to wygląda? Ewentualna wybranka siedzi przed obcymi ludźmi, odpowiada na pytania, często też jest proszona, aby pokazać ręce i stopy, sprawdza się też jej wzrost i kolor skóry. Jeśli rodzina przyszłego pana młodego jest usatysfakcjonowana, to prawdopodobieństwo, że mariaż się odbędzie, jest wysokie.
Sala, w której odbywały się ostatnie dwa dni zaślubin.
Ślub muzułmański w Bangladeszu zawiera wiele obrzędów, które pochodzą jeszcze z czasów sprzed islamu na tych ziemiach. Dlatego można spotkać wiele podobieństw do ceremonii zaślubin w Indiach. Przygotowania zaczynają się różnie. Można zacząć kilka miesięcy przed wyznaczoną datą, ale też w tydzień można wszystko ogarnąć. Tak samo, to z jakim rozmachem będzie się to odbywać, zależy od budżetu rodzin. Ślub szwagra kosztował 31 tysięcy euro (14 tysięcy przyjęcia pana młodego, 17 tysięcy przyjęcia panny młodej) i należy podkreślić, że szaleństw nie było. Oczywiście w slumsach ludzie dają radę bez tych kwot, ale te 31 tysięcy, to i tak raczej niski koszt wesela. W tę kwotę wpisane jest wszystko, od strojów przed kwiaty aż do wynajęcia sali. Ludzie biorą pożyczki lub sprzedają ziemię, bo ślub ma się raz w życiu. W tym kraju ceremonia trwa 4 dni, ale przed nią są  są różne obrzędy, które też kosztują. Na szczęście goście byli hojni i pieniądze zwróciły się z nadwyżką.
ślubne mehendi
Przygotowania nas nie ominęły i przez to było dość nerwowo po przyjeździe. Nie wiem, co mam napisać, bo nie obyło się bez dram, a krytykowanie czyjegoś ślubu jest sporym nietaktem. Będę po prostu szczera. Byłam rozczarowana. Wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej. Dużo czytałam na temat samej ceremonii, oglądałam filmy i reportaże. Do tego też różne osoby zaraziły mnie wizją hucznego wesela, gdzie tańców nie ma końca, a rozmowy towarzyskie są czystą przyjemnością. Prawda jest taka, że jeśli rodzina jest dość konserwatywna, to tańców nie będzie. Nikt też nie mówił, że będzie taki chaos (chociaż mogłam się tego spodziewać), że ludzie będą mi robić zdjęcia nawet w trakcie jedzenia i że w trakcie holud nie będzie imprezy (największe rozczarowanie, ale nie tylko ja byłam tym zawiedziona).
Te kilka dni było po to, aby goście mogli za darmo się najeść, dać prezenty, wręczyć tyle złota młodej parze, żeby tylko pokazać, że ich stać i zrobić sobie z nimi sesję zdjęciową. Do tego organizacja ze strony rodziny panny młodej była słaba i moja rodzina musiała pomagać, chociaż, to nie było ich zadaniem, więc większość czasu byłam bez męża. Przy takiej ilości gości (około 1300 osób) było to męczące. I nie mogę zapomnieć o braku prywatności, bo w tym czasie zjeżdżają się rodziny z dalekich stron, przychodzą do domu zobaczyć wszystkich i wszystko, często też zostają na noc, bo wpadli dosłownie na ślub i po jego zakończeniu wracają do domu. Oczywiście, odwiedziny często są niezapowiedziane. Myślę, że wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy było już po wszystkim.
Para młoda w trakcie sesji zdjęciowej, dzień 3.
Wbrew pozorom nie żałuję, że braliśmy w tym udział. Dzięki temu mogłam zbliżyć się do członków rodziny i miałam możliwość zobaczyć prawie wszystkie, bengalskie, ślubne obrzędy, które mają dla nich ogromne znaczenie. Doszłam też do wniosku, że nie chcę takiego ślubu, chociaż był on moim cichym marzeniem. Stroje panny młodej są przepiękne, ale ten stres i wymagania, co do wyglądu (mocny, biały, makijaż; świeżo przebity nos, który często fatalnie się goi) i zachowania, już tak nie zachwycają. Najlepszym momentem ceremonii była chwila, kiedy mogłam porozmawiać na osobności z nową żoną (tak tam ją nazywają, ja jestem średnią żoną). Dowiedziałam się, że od dłuższego czasu jest szczerze zakochana w wybranku rodziców. Szwagier po tym wszystkim też przyznał, że jest szczęśliwy. Ulżyło mi, bo nadal się często się zdarza, że mimo pozornego wyboru, młodzi w ogóle go nie mają.
Tak właśnie wspominam ten ślub. W żadnym przypadku nie było idealnie, ale nowożeńcy byli i są szczęśliwi, a to jest najważniejsze.
Droga do rodzinnych domów młodych jest ozdobiona światełkami. Stąd wiadomo, że w okolicy będzie ślub.

Cześć

authorMam na imię Klaudia i od kilku lat mieszkam w Berlinie. Lubię pisać o mojej poplątanej codzienności i równie poplątanej rodzinie.
Więcej →



Popularne posty